Uwaga: ta strona może używać plików cookies, jeśli chcesz tego uniknąć, wyłącz obsługę cookies w twojej przeglądarce

O naszej Pani Izie

SKRÓCONY BREWIARZ 

- jak przeżywać słabość, cierpienia, trudności -
migawki z ostatnich dni życia Pani Izabeli Borowskiej. 

Od kwietnia 2006 r. mieszkałam pod jednym dachem z niezwykłym człowiekiem - Panią Izabelą Borowską. To z pewnością dar łaski Bożej być tak blisko kogoś, kogo dobroć i szlachetność naśladować - to sztuka. Pozostanie dla mnie niedościgłym wzorem pogodnego dystansu i spojrzenia na życie, ludzi, codzienność, a nawet własną słabość i cierpienie. Na usprawiedliwienie różnych niedogodności często powtarzała "wszystkiemu winna data urodzenia" - faktycznie zabrakło jednego miesiąca i dziesięciu dni do dziewięćdziesiątych piątych urodzin. 

  Żyła wśród nas jak złoty promyk pełna słonecznej radości w sercu. Na łóżku szpitalnym, w czwartek na trzy dni przed śmiercią. dziękowała Panu Bogu za to, że miała w życiu "…szczęście do wielu radości i dobrych ludzi ". Miała wiele humorystycznych powiedzonek i taką umiejętność żartowania z siebie i obracania z żart różnych sytuacji. Rzeczywiście była niedoścignionym wzorem pogody ducha i szacunku dla ludzi, bardzo szlachetna i troskliwa raczej o innych niż o siebie. Dowodami jej pokory ducha były niezliczone sytuacje, gdy marszczyła się i nie pozwalała, by zauważano ją i w szczególny sposób traktowano, czy wysuwano na pierwszy plan. Wolała swoje ulubione do końca zajęcia - malowanie Matki Bożej Ostrobramskiej, pielęgnowanie kwiatów, drobne czynności techniczne, ułatwiające życie (choćby podwyższenie stolika dla Zosi).
W kampanii wrześniowej straciła narzeczonego na kilka dni przed ślubem, zaś w grudniu 1939 r. ukochanego ojca. Nic zatem dziwnego, że całe serce oddała Chrystusowi Królowi i ludziom, których jej powierzył. Tysiące razy powtarzała codziennie ,przedwojenną modlitwę do Chrystusa Króla "…rozporządzaj mną jako własnością swoją…" i pewnie dlatego mogliśmy się przekonać jak była niezmiennie pogodna i szlachetnie wyrozumiała wobec bliźnich.
23 września 2007 r. modliliśmy się razem w kościele seminaryjnym Świętej Trójcy w Kielcach w intencji poległego ułana porucznika Andrzeja Szamoty - narzeczonego Pani Izy. Uroczystość zorganizowali członkowie Kieleckiego Ochotniczego Szwadronu Kawalerii im 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Przygotowali z tej okazji mała gablotę z portretem i pamiątkami po poległym (m.in. srebrną papierośnicą, przestrzelona śmiercionośną kulą, którą po wojnie oddano Pani Izie, by wykonać ostatnią wolę zmarłego). Oni też pełnili wartę honorową w czasie liturgii, aby miała odświętny charakter. Po zakończonej Eucharystii ofiarowano narzeczonej urnę z garstka ziemi z grobu na cmentarzu w Suchowoli na Lubelszczyźnie, gdzie spoczywa porucznik Andrzej Prawdzic Szamota. Wziąwszy do rąk ten dar ucałowała serdecznie. Kto wie, być może ze stratą dla Ojczyzny ukochanej osoby i tradycjami rodzinnymi wiązał swe korzenie ogromny patriotyzm i zatroskanie o losy Polski. Do ostatnich dni nie zaniedbywała szukać informacji co dzieje się w polityce i bardzo martwiły ją nieporozumienia i afery w rządzie oraz przedwczesne wybory w październiku 2007.
Ciekawa młodzieńczo bardzo chciała zobaczyć wnętrze nowej części Domu dla Niepełnosprawnych, ale jak wyznała siły "przeszkadza data urodzenia" - czyli nie miała sił do chodzenia, ledwie wystarczały na wyprawę raz dziennie na Eucharystię. Ta moja propozycja z niedzieli 7 października nie została zrealizowana. We wtorek 9 października wybrała się do Kielc do dentysty i na drobne zakupy. Nad ranem w środę atak duszności dokuczył jej solidnie a kiedy powtórzył się - w czwartek rankiem musiała udać się do szpitala. Kiedy w piątkowe, deszczowe popołudnie zobaczyła okulary, o które prosiła - spojrzała na krzyż na ścianie naprzeciw jej łóżka i powiedziała - "a tu mam taki skrócony brewiarz". Pomyślałam sobie wzruszona - to żołnierz, czy harcerz obowiązkowy, który nie może wziąć do ręki modlitewnika i wykonać czynności, w której tyle lat z miłością oddawała serce Bogu. Bardzo świadomie odchodziła do domu Ojca. W ostatnich miesiącach wspominała raz po raz, że ma coraz mniej sił i widzi dzień, gdy braknie ich do pokonania na własnych nogach odcinka od małego domku do kaplicy Domu dla Niepełnosprawnych na Mszą Świętą. Do ks. Jana Jagiełki skierowała słowa "…pociąg kończy bieg.", kiedy chciał pocieszać, że trochę odpocznie w szpitalu i wróci do Piekoszowa. W sobotnie popołudnie, powiedziała do mnie - " jedź pomieszkać trochę".
A w niedzielę 14 października 2007 r. o 5.45 nad ranem, prosto do nieba jak wszyscy ufamy, uleciała cichutko jej dusza ku wiecznej szczęśliwości przebywania ze Zmartwychwstałym Królem. Pogrzeb odbył się w środę 17 października o 12.00 w kościele garnizonowym w Kielcach. Prosimy o wspólną modlitwę o szczęście oglądanie twarzą w twarz Boga pełnego Miłości Miłosiernej.
Była tak szlachetnym i dobrym człowiekiem, że słów brakuje, żeby opisać skromność i pokorę pracowitych 95 lat życia. Nich sam Chrystus Król nagrodzi Jej serce poświęcone ludziom a nam pomoże choć w ułamku naśladować Ją w codzienności.

Izabela Kalita